Podstawy w Gruzji

Tutaj opisze etnograficzne oraz subiektywne spostrzeżenia na temat Gruzji i Gruzinów.

Po pierwsze język. Zapomnij o angielskim, tutaj panuje język rosyjski z uwagi na edukacje w szkołach i postsowiecką przynależność. W miastach Tiblisisi, Batumi, Kutaisi jak ma się duże szczęście można wyskoczyć z angielskim, ale trafić odbiorcę tego języka to farcik:) Z uwagi na podobieństwo rosyjskiego do polskiego można nieco improwizować, najważniejsze jest słowo kluczowe, resztę dopowiecie gestem lub śmiechem:). Dla mnie człowieka który uczył sie 20 lat temu rosyjskiego, było dzieżko na początku to wszystko przypomnieć, ale miałem podstawy do pogadania po swojemu. Gruzini zaś mówili że świetnie mówię po kilku lampkach wina i czaczy, jak swój…nie wiem nie mam dowodów:)

Mentalność: Gruzini są bardzo pomocni, otwarci, pozytywni – często potrafia z Toba stać po 20 minut żeby rozwiązać twoj problem dotyczący np. lokalizacji do której chcesz się udać itd. Najbardziej pozytywni są ci z mniejszych miejscowości poza najwiekszymi miastami z TOP3. Tutaj różnica jest masakryczna. Chyba jak w Polsce zachodniej i wschodniej wsi… Panowie z dużych miast Tibilisi i Batumi mają stawki europejskie jeżeli chodzi o tzw “ekskursje” tj wycieczki poza miasto jak i wyprawy po mieście. Jeżeli bedziecie w tych miastach pamietajcie o tym zeby nie brac gosci z dworców i głownych placów – ci odwiazą was np 2-3 kilotemry za 10-20 lari, łapcie na ulicy taksówki z żółtymi napisami TAXI – wtedy zapłaciecie 5-10 lari. Zakładam z góry że nie zadzwonicie do nich po gruzińsku, więc łapcie je na ulicach.

Targowanie: Właściwie nie istnieje w pewnych branżach i okolicznościach. Można negocjować ceny wycieczek z kierowcami jeżeli bierzecie je solo dla was np na 4 osoby. Koszta są małe, a macie mega możliwości że zatrzymujecie auto gdzie chcecie, robicie przerwy, jecie gdzie i jak długo chcecie itd. Nie ma tej wygody jak jedziecie marszrutkami, czy w jakiejś grupie 30 osobowej. Odradzamy takie grupy, ze względu na brak elastyczności, anonimowość uczestników ( a mamy ją w Polsce o dawna – człowiek nie zna człowieka w klatce) i prowadzenie za rączkę itd. W miescach turystycznych babinka nie spuści z ceny magnesiku czy innego gadżeciku, bo tam sie tak placi, nawet trwoga do boga i braterstwo z bracmi Polakami tego nie zmieni, to nie arabii czy turcy że za tobą biegna mowiąc – ok, może być – bierz. Mają swoją dume i to mi się bardzo podoba.

Transport: Ja i My z całym sercem po lądowaniu polecamy tego gościa który zwie się Emzar – ma swój samochód na 6 osób – jemu przecież dedykuję ten blog – stronę. To bardzo dobry człowiek, zapłaciliśmy śmieszne pieniądze za transport z Kutaisi do Mestii tam spędziliśmy 2 noclegi z wyżywieniem – i to bez reklamy – najlepszym w Gruzjii – swojskie żarło – nie jakieś hotelowe czy restauracyjne gówno ( najlepsze w całej Gruzjii – a byliśmy tam miesiąc ) – gdzie dalej Emzar zawiózł nas do Batumi ( ot inna historia ) – było nas 4 osoby koszta po około 150zł. Jeżeli nie macie zaś kaski – to zostają wam marszrutki. Warto z nich korzystać wg mnie tylko przemieszczając się między głównymi punktami waszej podróży. Są szybsze niż kolej. Ostro mykają na trasach, rzadko kto wyprzedza marszrutke:)

Jedzenie: Chciał nie chciał nie jest tak zróżnicowane jak w Europie. W Polsce możemy sobie jeść inna zupę co dziennie przez miesiąc. W Gruzji zupek w menu restauracyjnym jest 2-7. To i tak sporo jak wybieramy się na tygodnie. My byliśmy miesiac – tutaj zaczeło się tesknić za kapuśniakiem, barszczem czerwonym czy klasycznym schabowym itd:). Wiele osób sugeruje się tripadvisorem itd, ale odradzam – dlaczego: Polska kuchania jest bardzo dobra, nie oszukujmy się, wiemy co jest dobre a co bardzo dobre – każdy z nas zna miejsca i ludzi którzy dobrze karmią…i nie będzie im wstyd zaprowadzić tam znajomych którzy właśnie przyjechali do was coś zjeść na miescie. Pamiętajcie że w tripadvisorze wspisy robią głownie niemcy i anglicy, którzy to sprzedaja kiszone ziemniaki i parówki w słoikach i się tym zachwycają. Nie mówię tutaj o perełkach typu Jamie Olivier, który robi piękne i smaczne potrawy. Mówie tutaj o statystycznym Johnie i Andreasie/Heldze którzy za bigos na Węgrzech płacą 10 euro za platikowy talerzyk i się tym zachwywacją…ot życie.
W większości barów / restauracji znajdziecie menu w języku anglieskim – ot tutaj znowu mój kolega dedykowany temu blogowi Emzar – juz pierwszego dnia postawił poprzeczkę tak wysoko że pozostałe 28 dni było tylko porównywaniem do tego co na początku. Dodam tylko nieśmiało – że jestem bardzo wybredny, umiem gotować potrawy z różnych części świata, kocham Polską kuchnię i doceniam świeżość składników ich połączenie, fakturę, zapach, wygląd…i to dostałem na pierwszej kolacji oraz w restauracji do której zabrał nas Emzar – dodatkiem były tam świeże roślinki – dużo kolędry kilkuodmianowej itd…połączenie idealne, nie mówiąc już o świeżości i jakości pieczywa oraz doprawienia bakłażanów z orzechami itd. Powiem tak….. krótko a byłem w lokalach w gwiazdkami miechelin w Polsce i Niemczech…też u Gesslerowej – ale tutaj było mistrzostwo świata – bez rewolucji i giwazdek…Porównacie smak kury tam i u nas EU:) sosy, przyprawy, zielenina – nie mam pytań.

Długa dygresja….wracając – nie mamy klucza jak siąść dobrze w restauracji żeby sie nie wbić kichę. Jedno wiem na pewno nie siadajcie w restauracjach gdzie sa naganiacze. Wiadomo. Przyznam ze wydałem około 2-3 tyś żeby testować ichnie restauracje. Myśle sobie….kurwwwa chcę zjeść tak jak z Emzarem a pierwsze dwa dni. Ni Ujjjjjjjjaaaaaa. Dziesiątki miejsc, restauracji, knajpek itd. i nic… jakość którą otrzymaliśmy przez pierwsze dwa dni była  niedościgniona, po prostu kurrwa dawali nam kompromisowe żarcie, nijakie, imitacje 2ch pierwszych dni. Zastanawiałem się czy nie lepiej zjeść chaczapuri za 1 lari w kiosku – przynajmniej z serca:)